Obserwacja wyborów na Węgrzech – jak było i z czego warto skorzystać

W ubiegłym tygodniu miałem okazję zobaczyć końcówkę kampanii wyborczej na Węgrzech, spotkać i porozmawiać z ekspertami, dziennikarzami oraz obserwować dzień głosowania. Jakie były niedzielne wybory na Węgrzech i co z nich możemy wziąć dla siebie?

Tętniąca życiem, ale bez równych szans dla wszystkich – tak o zakończonej kampanii wyborczej na Węgrzech mówią międzynarodowi obserwatorzy z OSCE ODIHR (OSCE Office for Democratic Institutions and Human Rights).

W powyborczym raporcie wskazano, że obywatele aktywnie zaangażowali się w kampanię, odnotowując rekordową frekwencję. Nie było jednak równych szans, a partia rządząca korzystała z systemowych korzyści, które zacierały granicę między państwem a partią. Chociaż kampania była naznaczona podziałami i sianiem strachu ze strony partii rządzącej, w tym bezpodstawnymi oskarżeniami rządu o ingerencję zagraniczną, kandydaci mogli swobodnie prowadzić kampanię.

Obserwacja wyborów

Na początek chciałbym wyjaśnić czym jest a czym nie jest obserwacja wyborów. To nie jest “pilnowanie”, aby ktoś nie sfałszował wyborów. To nie jest również tropienie nieprawidłowości. Obserwacja wyborów to poznanie systemu wyborczego, zidentyfikowanie jego ewentualnych braków i nieprawidłowości, o ile występują.

Obserwatorzy powinni być neutralni we wszystkich działaniach oraz powstrzymywać się od wydawania ocen przed oficjalnymi raportami lub wbrew ich treści. Za złamanie tych zasad można trafić na czarną listę tzw. “Fake observers“. Obecnie jest na niej aż 967 nazwisk, w tym 20 Polaków.

Na tegoroczne wybory na Węgrzech akredytowanych było aż 879 obserwatorów międzynarodowych, w tym 51 zgłoszonych przez European Platform for Democratic Elections (24 z Polski). Wśród nich byłem również ja.

Wykorzystanie zasobów publicznych w kampanii wyborczej

Obserwatorzy OSCE ODIHR w swoim raporcie, opublikowanym tuż po wyborach zwrócili uwagę, że “tematy kampanii dotyczące bezpieczeństwa i ochrony były często poruszane w rządowych kampaniach informacyjnych, czy to poprzez ogólnokrajową petycję dotyczącą Ukrainy, reklamy państwowych firm dotyczące bezpieczeństwa energetycznego, czy też oficjalne listy premiera do wyborców dotyczące bezpieczeństwa i wojny, co skutkowało powszechnym nakładaniem się komunikatów państwowych i partyjnych, zapewniając nieuzasadnioną przewagę rządzącej koalicji“.

Karol Bijoś z Fundacji Odpowiedzialna Polityka opowiedział o tym jak kampania “Zjednoczeni przeciwko wojnie” (Nemzeti Petition – ogólnokrajowa petycja), finansowana ze środków publicznych, została wykorzystana w celach wyborczych:

Wpływ mediów

Jak zauważają węgierscy eksperci, ok. 80% rynku medialnego na Węgrzech jest w rękach rządowych lub osób powiązanych z rządzącą partią. W listopadzie ub. roku największy tabloid “Blikk” został kupiony przez grupę medialną Indamedia, której głównym udziałowcem jest prorządowy biznesmen Miklós Vászily. Jak zauważyli obserwatorzy ODIHR “Wbrew międzynarodowym standardom i przepisom krajowym, media publiczne nie przedstawiały zrównoważonego obrazu kandydatów i kwestii poruszanych w kampanii, a monitoring mediów ODIHR EOM wykazał wyraźne faworyzowanie rządu i partii rządzącej w mediach publicznych i niektórych nadawców prywatnych“. Sprzyjanie Fideszowi przez takie media było widoczne również w wynikach publikowanych sondaży, które dawały zwycięstwo partii Orbana.

Dzień głosowania

Niedzielną pracę rozpocząłem o godz. 5.30 w jednym z lokali wyborczych w Budapeszcie. Ośmioosobowa komisja przygotowywała lokal wyborczy do otwarcia. Głosowanie rozpoczęło się o szóstej i już od pierwszej chwili zaroiło się od chętnych do oddania głosu. Następnie nasz zespół (dwoje obserwatorów i tłumacz) udał się do okręgu wyborczego Jászberény, leżącym ok. 90 km na wschód od Budapesztu.

Przez cały dzień odwiedziłem łącznie 9 lokali wyborczych. Głosowanie trwało do godz. 19-tej. Po tej godzinie przyglądałem się pracy komisji przy liczeniu głosów i wypełnianiu protokołów. Węgierskie prawo wyborcze wymaga, aby każdy z członków komisji, dwukrotnie przeliczył karty do głosowania. Na koniec dnia (ok. godz. 21ej) udaliśmy się wraz z członkami komisji do lokalnej komisji wyborczej, w którym rozliczali się z protokołu i materiałów wyborczych, w tym urny z kartami do głosowania.

Mogłem zauważyć usprawnienia organizacji wyborów, które można uznać za dobre praktyki – np. pieczątkę komisji na karcie do głosowania przystawia się dopiero w momencie odbioru karty przez wyborcę (u nas wszystkie otrzymane karty opieczętowuje się przed rozpoczęciem głosowania). Członkowie komisji pilnowali, aby w pomieszczeniu gdzie oddaje się głos, było maksymalnie kilkoro wyborców na raz. Jeśli robiła się kolejka, była ona ustawiana przed wejściem na salę. Głosowanie kończy się już o godz. 19tej (dwie godziny wcześniej niż w Polsce) a obwodowe komisje mają do obsłużenia mniejszą liczbę wyborców niż u nas, dzięki czemu unika się ryzyka pracy komisji do późnych godzin nocnych.

Zauważyłem też elementy, które utrudniały głosowanie, np. wyborca może wraz z kartami do głosowania pobrać kopertę, do której chowa karty do głosowania, następnie zakleja kopertę i wrzuca do urny. Ma to zwiększyć tajność oddania głosu. Z drugiej strony dostarcza dodatkowej pracy członkom komisji, którzy muszą rozrywać wszystkie koperty. Poza tym, wszyscy członkowie komisji przebywają w lokalu wyborczym przez cały dzień (w Polsce dopuszczalne jest, aby w danym momencie w lokalu przebywało min. 2/3 członków komisji). Wyjątkiem jest sytuacja, gdy dwóch członków komisji zabiera ze sobą urnę “mobilną”, z którą udaje się do osób, które zgłosiły wcześniej chęć głosowania w domu.

Zainteresowanych wnioskami z obserwacji wyborów na Węgrzech odsyłam na stronę ODIHR.

Krzysztof Jakubowski

Komisja wspólnie liczby wszystkie karty do głosowania. Fot. Krzysztof Jakubowski
Grafika popierająca kandydata Fideszu, umieszczona przed lokalem wyborczym w dniu wyborów. Fot. Krzysztof Jakubowski
Lokal wyborczy. Na pierwszym planie zaplombowane urny. W tle kotary, za którymi można oddać głos. Fot. Krzysztof Jakubowski
Instrukcja głosowania. Fot. Krzysztof Jakubowski